Jesienny powrót do treningów: jak karmić psa aktywnego, żeby nie rozjechać brzucha

Wrzesień ma jedną ogromną zaletę: w końcu można coś robić.

Po tygodniach kombinowania, czy o 7:00 jest jeszcze wystarczająco chłodno, czy pies już się ugotuje i czy trening można nazwać treningiem, jeśli połowę czasu spędzamy w cieniu – nagle robi się przyjemniej.

I wtedy pojawia się pokusa:

powrót do standardowych treningów!

Więcej treningów, dłuższe spacery, zawody, wyjazdy, frisbee, flyball, bieganie, nagrody na treningu, coś do gryzienia w samochodzie i oczywiście „przecież dzisiaj tyle zrobił, to dam mu trochę więcej do miski”.

Tylko że kondycja i głowa psa często są gotowe szybciej niż jego brzuch.

I znamy ten scenariusz aż za dobrze.

Pies zrobił świetny trening, wracamy do domu zadowoleni, a następnego dnia… 💩 mówi nam, że chyba jednak trochę przesadziliśmy.

My trzymamy się jednej zasady: nie zmieniamy wszystkiego naraz

Jeśli zwiększamy ilość aktywności, staramy się, żeby przynajmniej miska była czymś przewidywalnym.

To nie jest najlepszy moment na jednoczesne:

– zmienianie karmy,
– testowanie nowego białka,
– dorzucanie kilku suplementów,
– otwieranie pięciu nowych paczek smaczków,
– i jeszcze uznanie, że skoro pies więcej biega, to trzeba dolać mu dwa razy więcej oleju.

Bo później, kiedy brzuch zaczyna protestować, kompletnie nie wiadomo dlaczego.

Emocje? Nowe smaczki? Za dużo tłuszczu? Za duży posiłek? Sam wysiłek?

Dlatego u nas naprawdę dobrze sprawdza się mało spektakularna, ale złota zasada:

jedna zmiana naraz.

Nudna? Trochę.

Praktyczna? Bardzo. A uwierzcie po przejściu z Fuksem wielu diet eliminacyjnych nauczyłam się bardzo pokory.

Największy sabotażysta diety sportowego psa? Saszetka ze smaczkami.

To jest coś, o czym wyjątkowo łatwo zapomnieć.

W domu miska odważona niemal laboratoryjnie.

A potem na treningu:

„jeszcze jeden za super przebieg”,
„tu dostał od koleżanki”,
„tu ćwiczyliśmy nowe zachowanie”,
„tu były trzy serie”,
„a po treningu dostał jeszcze gryzaka”.

I nagle okazuje się, że pies zjadł drugi obiad.

Dlatego traktujemy treningówki jako normalną część jedzenia z całego dnia, a nie magiczne kalorie, które znikają gdzieś pomiędzy kolejnymi powtórzeniami.

Przy intensywniejszych treningach szczególnie lubimy nagrody, które można podzielić na naprawdę małe kawałki. Nie potrzebujemy przecież za każde dobre zachowanie wręczać psu pół steka.

I właśnie tutaj bardzo naturalnie pojawia się u nas Lunderland , którego jak pewnie wiecie jesteśmy ambasadorami.

Nie dlatego, że aktywny pies musi dostać pół sklepu suplementów.

Wręcz odwrotnie.

Jedna z rzeczy, które lubimy w podejściu do psiej miski, to:

nie więcej. Tylko to, co faktycznie ma sens dla konkretnego psa.

Smaczki są smaczkami. Olej jest dodatkiem do określonego celu. Błonnik też nie jest czymś, co wrzucamy do miski „bo podobno jest zdrowy”.

Z jedzeniem przed treningiem też nie kombinujemy.

Nie wyobrażamy sobie zrobić mocnego treningu chwilę po dużym obiedzie i podobnie patrzymy na psy.

Przy dynamicznej aktywności – szczególnie tam, gdzie jest dużo sprintów, skoków, gwałtownego hamowania i nakręcenia – pełny brzuch naprawdę nie jest najlepszym kompanem.

Dlatego większy posiłek dostają odpowiednio wcześniej.

A po treningu?

Najpierw uspokojenie oddechu, emocji i organizmu.

Dostęp do wody – oczywiście.

A miska nie musi pojawić się sekundę po ostatniej piłce.

To jedna z tych prostych rzeczy, które robią sporą różnicę.

A skoro mowa o wodzie…

Jesienią bardzo łatwo wpaść w pułapkę:

„przecież już nie jest gorąco”.

Tymczasem przy intensywnej pracy pies nadal produkuje ogromną ilość ciepła.

Zwłaszcza kiedy jest nakręcony i sam absolutnie nie zamierza poinformować nas, że może powinien odpocząć.

Dlatego nawet kiedy my stoimy już w bluzie, nadal pilnujemy przerw, picia i tego, jak szybko psy dochodzą do siebie po wysiłku.

Więcej ruchu ≠ automatycznie większa miska

Jeśli masa ciała jest stabilna, sylwetka wygląda dobrze, pies ma energię i normalnie się regeneruje, nie ma sensu dokładać jedzenia tylko dlatego, że zaczął się wrzesień.

Najpierw patrzymy na psa.

Dopiero później na kalkulator.

Jeśli zaczyna chudnąć, ma dużo większe obciążenie albo wyraźnie zmienia się jego zapotrzebowanie – wtedy porcję można zwiększać stopniowo.

Tłuszcz jest świetnym źródłem energii. Ale „więcej” nie zawsze znaczy „lepiej”.

Przy aktywnych psach często pojawia się temat zwiększenia ilości tłuszczu.

I faktycznie – to bardzo skoncentrowane źródło energii.

Ale jeżeli pies dostawał określoną ilość, a my nagle uznamy:

„teraz trenuje, lejemy”

…jelita mogą mieć inne zdanie.

Dlatego również oleje wprowadzamy i zwiększamy stopniowo.

W przypadku olejów omega-3 szczególnie zwracamy uwagę na zawartość EPA i DHA, dawkowanie i przechowywanie, zamiast dolewać je do miski „na zdrowie”. Oryginalny tekst słusznie zwraca też uwagę, że tran nie jest tym samym co zwykły olej rybi, bo dostarcza dodatkowo witamin A i D.

Podobnie z błonnikiem

Łuski babki to jeden z produktów, który naprawdę często pojawia się w psich miskach.

I może być bardzo przydatny.

Ale tutaj również obowiązuje nasze ulubione:

to zależy.

Błonnik potrzebuje odpowiedniej ilości wody, a większa ilość nie jest automatycznie lepsza.

I przede wszystkim – jeżeli pies regularnie ma biegunkę po treningach, śluz w kale, wymiotuje, chudnie albo wyraźnie źle reaguje na wysiłek, to nie jest moment na dokładanie kolejnej łyżeczki suplementu.

To jest moment na szukanie przyczyny.

Nasz najprostszy schemat dnia treningowego?

Bez wielkiej filozofii.

Normalny, znany posiłek wcześniej.

Przed mocniejszym treningiem bez napychania psa dużą miską.

Na trening – sprawdzone, małe nagrody.

Woda między seriami.

Po treningu chwila na zejście z emocji.

A następnego dnia robimy najbardziej niedoceniany „monitoring sportowy” świata:

patrzymy na kupę. 😂

Bo naprawdę wiele rzeczy wychodzi dopiero kilka lub kilkanaście godzin później.

A jeżeli stolec jest normalny, apetyt się zgadza, pies ma energię i następnego dnia porusza się jak zwykle – dla nas to dużo lepsza informacja niż samo: „ale przecież wczoraj świetnie biegał”.

I chyba najważniejsze

Nie jesteśmy fanami suplementowania psa dlatego, że jest aktywny.

Ani karmienia go jak zawodowego sportowca tylko dlatego, że dwa razy w tygodniu robi trening.

Dieta ma nadążać za konkretnym psem.

Za jego masą.

Ilością ruchu.

Rodzajem aktywności.

Tym, jak się regeneruje.

I tym, jak wygląda jego brzuch po całym tym naszym sportowym szaleństwie.

Dlatego również jako ambasadorzy Lunderland wolimy pokazywać produkty w kontekście konkretnej potrzeby niż tworzyć wrażenie, że aktywny pies powinien dostać dziesięć dodatków do miski.

Czasem potrzebuje czegoś więcej.

Czasem wystarczy dobrze poukładać to, co już je.

A jesienią nasza zasada jest banalna:

najpierw stabilny pies i stabilna miska. Potem dokładamy swoje ambicje.

Bo te ostatnie zwykle rosną zdecydowanie szybciej.

Co polecamy z Mauim z Lunderland?

Na koniec kilka produktów Lunderland, które naprawdę przewijają się u nas przy treningach, wyjazdach i zawodach:

  • Suszony batat i puree ziemniaczane – wygodne źródła węglowodanów, kiedy chcemy uzupełnić miskę psa aktywnego o dodatkową energię. Łatwo je też zabrać ze sobą na wyjazd.
  • Puszki monoproteinowe Lunderland – nasz wyjazdowy klasyk. Na zawodach i dalszych wyjazdach są po prostu wygodne. Nie musimy kombinować z przechowywaniem świeżego mięsa, a nadal wiemy dokładnie, jakie źródło białka dostaje pies.
  • Wiórki z białej ryby – lekkie źródło białka, ale u nas mają jeszcze jedno zastosowanie. Kilka wiórków wrzuconych do wody potrafi zachęcić psa do picia. Przy zawodach i emocjach, kiedy pies sam z siebie pije mniej, bardzo lubimy ten patent.
  • Mączka z małży nowozelandzkiej – dodatek, po który sięgamy przede wszystkim w kontekście psów aktywnych i wsparcia aparatu ruchu. Przy regularnych treningach zdecydowanie wolimy myśleć o regeneracji i profilaktyce, zanim pojawi się problem.
  • BIO łuski babki płesznik – nasze źródło błonnika. Przydają się m.in. wtedy, kiedy chcemy wspomóc pracę przewodu pokarmowego i konsystencję stolca. Pamiętamy tylko, że błonnik zawsze idzie w parze z odpowiednią ilością wody.
  • Olej rybny Omega-3 – źródło kwasów EPA i DHA. To jeden z tych dodatków, który u nas ma konkretne miejsce w diecie, ale zdecydowanie nie lejemy go „na oko”. Ilość dopasowujemy do psa i całej jego diety.
  • Kawałki płuc – jedne z naszych ulubionych smaczków treningowych. Są lekkie, można je łatwo podzielić na małe kawałki i dzięki temu nagradzać często bez wciskania psu podczas jednego treningu połowy dziennej porcji kalorii.

Nie jest to oczywiście lista rzeczy, które każdy aktywny pies powinien dostawać. Wręcz przeciwnie. Dobieramy je do konkretnego psa, rodzaju aktywności i aktualnych potrzeb.

I chyba właśnie za to najbardziej lubimy podejście Lunderland: nie trzeba wrzucać do miski wszystkiego. Trzeba wiedzieć, po co wrzuca się to, co już w niej jest.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *